piątek, 22 listopada 2013

„Archeologia Szlaku” Czyli Szlak Bitwy nad Bzurą w okolicach Piątku (19.11.2013)

Geometryczny środek Polski - Piątek
Kolejny jesienny poranek wzbudził w nas chęć do wybrania się gdzieś rowerem. Czas uciekał więc nie było mowy o czymś dalekim ani o czymś długim. Po dłuższym zastanowieniu się i ogarnięciu tego co było do ogarnięcia w domu, wybraliśmy miejsce które odwiedzimy. Padło na Piątek i żółty szlak rowerowy  upamiętniający bitwę nad Bzurą. Plan jaki opracowaliśmy przewidywał że samochodem dojedziemy z Głowna do Piątku, tam zostawimy go na miejscowym parkingu i rowerem już zrobimy szlak długości około 50 km.
Pomnik ku pamięci ofiar hitlerowców
Szlak ma formę zamkniętej pętli więc kończyliśmy w tym samym miejscu. Zebraliśmy się naszym zwyczajem dość późno. Z domu wyjechaliśmy chwile po 12, a na rower, już w Piątku,  wsiedliśmy około 12,45. Auto zaparkowaliśmy w samym centrum nie tylko Piątku ale i oczywiście Polski, bo chyba każdy wie że piątek to geometryczny środek naszego kraju. Kierunek szlaku obraliśmy przeciwny do ruchu wskazówek zegara. Zaraz za miejscem postoju przy miejscowej szkole jest pierwsze miejsce upamiętniające walki nad Bzurą.
Dwór w Goślubie dzisiaj
Miejsce to znajduje się na wylocie z miasta przy drodze 702 prowadzącej prosto do Kutna. Zaraz za pomnikiem skręcamy w ścieżkę prowadzącą  z powrotem do miasta. Oznaczenie jednak ścieżki okazuje się beznadziejne. Cały szlak zresztą oznakowany jest raptem w kilku miejscach jak należy a w innych nie ma oznaczeń wcale bądź są po nich tylko ślady. Stąd też nazwa i tytuł posta „archeologia szlaku”. To oznaczenie autorstwa Tobiasza bardzo trafnie i nad wyraz rzeczowo określa jak wygląda jazda tym szlakiem. Co skrzyżowanie należy szukać oznaczenia bądź się domyślać lub patrzeć na mapę. Do tego od tej strony na początku szlak jest wyjątkowo monotonny i nużący.
Tablica szlaku. Na niej zdjecie dworu z lepszych czasów
Napotykamy jeden pomnik związany z walkami z 1939 roku. Trafiamy także pod właściwie zrujnowaną stadninę i dworek  w Goślubie. Być może kiepskie wrażenie z początku szlaku wywarła na nas po prostu jesień na wsi. Nie jest to bowiem pora która ładnie wygląda miedzy pustymi polami, otwartymi obejściami i kręcącymi się ciągnikami, gubiącymi obornik. Zdarzają się owszem ciekawe widoki ale zazwyczaj jest brud i chaos związany z rolnymi pracami. Początkowo jedziemy właśnie przez takie miejsca, gdzie plątanina wiejskich dróg może niekiedy wyprowadzić człowieka w przysłowiowe pole bądź maliny.
Drewniany kościółek w Ciechosławicach
Mimo braku oznakowań udaje nam się jednak jechać tak jak powinniśmy i nie błądzimy prawie w ogóle. Pewnie dlatego że od razu nastawieni jesteśmy na to że od czasu do czasu musimy spojrzeć na mapę . A także dzięki temu że szlak żółty w niektórych momentach pokrywa się ze szlakiem niebieskim który już oznakowany jest dość dobrze. Jednak i oznaczenia szlaku niebieskiego się kończyły i mimo wszystko przez większą część szlaku kierować musieliśmy się bądź intuicją bądź mapą.
Szlak prowadził najpierw przez okoliczne wsie, potem przekroczył trasę 702 którą już wcześniej jechaliśmy. Chwile niestety musieliśmy jechać tą droga. Piszę niestety bo to bardzo ruchliwa trasa, bez żadnego pobocza wiec jechało się trudno i niezbyt przyjemnie.
Na szczęście był to odcinek nie dłuższy niż kilometr więc szybko poszło. Dalej zaczęliśmy zbliżać się do autostrady która od niedawna jest w tych okolicach a która pochwalić się może bardzo długą jeśli nie najdłuższą estakadą zbudowaną nad tutejszymi bagnami, trzęsawiskami, moczydłami czy tez rozlewiskami, znanymi pod nazwą pradoliny Bzury - Neru. Widok na to cudo mamy przy kościółku, do którego jedziemy chwile wzdłuż autostrady a który jest jedną z atrakcji na szlaku. Z samym dojazdem do tego miejsca wiąże się historyjka trochę, dla mnie przynajmniej, straszna. No bo jak można określić fakt że kiedy przejeżdżając obok domostwa nagle z otwartej na oścież bramy wyskakuje wielki biały pies, który w moich oczach wyglądał co najmniej jak „wilkor”. Tobiasz mówił że wyglądał jak zwykły wilczur czy tez jeden z tych północnych psów jak husky czy inny. Mnie jednak, wtedy kiedy szarżował na mnie, wydawał się niezwykle wielki. No ale na szczęście przestraszył się jak na niego wrzasnąłem, zresztą na głupich mieszkańców tego domu też ale chyba i tak nikt nie usłyszał. Ale to tak nawiasem mówiąc. Za kościołem przekroczyliśmy autostradę i znaleźliśmy się w trochę mniej zurbanizowanym miejscu, gdzie więcej było łąk i trochę drzew.
Tutaj tez dojechaliśmy do miejsca które jest na szlaku a które na nim być nie powinno. Chodzi o most na miejscowej rzeczce Donośnik. Został już pewnie dawno zerwany bo na ostatnim skrzyżowaniu prowadzącym do niego jest znak że droga jest nie przejezdna. Postanowiliśmy jednak zerknąć na to cudo zrobić jakieś fajne zdjęcia a i myśleliśmy że może jednak rower da się przeprowadzić. Niestety jednak nie, okolica malownicza, rzeczka mała ale nie zarośnięta i przekroczyć inaczej jak mostem by jej się nie dało. Musieliśmy wrócić i objechać przeszkodę. Szkoda ze twórcy szlaków albo ci co się nimi zajmują nie wprowadzili zmiany do oznaczeń lub mapy. Widocznie jednak za dużo wymagamy bo i tam żadnych oznaczeń nie spotkaliśmy. Na szczęście po objechaniu przeszkody nie pobłądziliśmy i chyba dzięki autostradzie doskonale potrafiliśmy określić pozycje na mapie i określić dalszy kierunek trasy. Przed samym  przejechaniem z powrotem na drugą stronę autostrady, w Orenicach, mieliśmy okazje obejrzeć bardzo śliczny dworek cały z drewna, dość dobrze zachowany i utrzymany.
Miejsce po moście na rzece Donośnik
Na samym wiadukcie natomiast zrobiliśmy kilka fotek zachodzącego już słońca. Drogi mieliśmy przed sobą jeszcze dość sporo ale wydawało nam się że skoro jesteśmy już dość blisko Piątku to drogi nie zostało nam tak wiele i że dotrzemy do auta jak będzie co najwyżej szaro ale nie ciemno. Pomyliliśmy się dość poważnie, trasa bowiem w najmniej oczekiwanym do tego miejscu skręcała w odwrotnym do miasta kierunku. O dziwo pojawiły się też oznaczenia mówiące gdzie jechać.
Dwór w Orenicach
Oddalaliśmy się zatem od Piątku, słońce zachodziło a nas czekała jeszcze przeprawa przez las. Był to fajny odcinek, szkoda jednak ze było już ciemno. Nasze lampki dobrze oświetlały drogę ale pięknego lasu w około nie widzieliśmy za bardzo.
A chyba jest co oglądać bo natknęliśmy się na tabliczkę informującą o miejscu nazwanym Silne Błota. W przewodniku rowerowym województwa łódzkiego, napisane jest że jest to „torfowisko z zanikającym jeziorkiem oraz las z wydmami – siedlisko rzadkiej roślinności, a także oaza ptactwa”. Tyle przewodnik nie wiemy jednak jak wygląda to na żywo, było już zbyt ciemno by cokolwiek zobaczyć, poza tym że są to tereny podmokłe. Przestraszyliśmy się trochę tez żeby jakiegoś łosia na drodze nie spotkać albo dzika. Sowa natomiast przeleciała nam tuz nad głowami by spokojnie usiąść sobie na oddalonym kilka metrów od drogi drzewie. Na szczęście odcinek leśny różnił się od poprzednich tym że nie dość że był ciut ciekawszy to jeszcze miał dobre oznaczenie. Szybko zatem pokonaliśmy ten fragment i niedługo potem byliśmy już we wsi Konarzew i zaraz potem w Piątku. Było już zupełnie ciemno i było już trochę po 17. Tobiasz zrobił jeszcze kilak fotek iluminacji miejsca oznaczającego środek polski po czym spakowani pojechaliśmy do domu.

Mimo niekiedy monotonności trasy, momentami nieciekawych krajobrazów i mimo braku oznaczeń, trasa nam się udała i pokonaliśmy ją. Nie należy do ulubionych ani do najtrudniejszych ale do treningu, do rozjeżdżenia po zimie w sam raz. Przeżyliśmy kilka fajnych momentów, widzieliśmy kilka fajnych rzeczy i zrobiliśmy kilka kilometrów na koniec sezonu. Należy zatem uznać że opłacało się wybrać na rower tego listopadowego popołudnia i cieszy się wspomnieniami z fajnej rowerowej przygody. Opracowanie mapy tradycyjnie zawdzięczam Tobiaszowi. 


Pokaż Szlak 'Bitwy nad Bzurš okolic Pištku' na większej mapie

piątek, 15 listopada 2013

Czerwony Szlak Rowerowy - Śladami Reymonta (29.10.2013)


Władysław Reymont w Lipcach
Koniec sezonu już tak bliski że namacalny. Październik to jednak miesiąc kiedy i pogoda potrafi być jeszcze fajna a i jeszcze nie jest tak zimno jak w miesiące zimowe. Zresztą staramy się jeździć zawsze i o każdej porze roku więc czemu nie w październiku. Plan tegoroczny przewidywał zrobienie jak największej liczby szlaków w naszym województwie. Niestety jak to plan mało z niego wyszło bo i czasu jeździć nie było a jak już był, to nie zawsze po szlaku. Nie mniej jednak kilka przejechaliśmy, tak było i tym razem. Wybór był mocno ograniczony bo jesienią wiadomo już znacznie krótszy dzień więc trzeba jechać krótsze odcinki albo wyjeżdżać wcześniej, jeśli nie chce się jechać zimnym wieczorem. Wybór padł na okolice Skierniewic czyli stosunkowo niedaleko nas. Konkretnym szlakiem który chcieliśmy przejechać okazał się Czerwony Szlak Rowerowy Śladami Reymonta. Dawno już planowaliśmy nim przejechać, ale zawsze było coś innego do roboty. W o wiele dłuższe dni letnie, pewnie zrobilibyśmy przy okazji dwa szlaki, tworzące ósemkę, której środek byłby w Skierniewicach. Czas jednak jaki się ma w październiku na jazdę w dzień, stanowczo ten plan odrzucił. Skierniewice w planie  zostały, ale już jako najdalej wysunięty punkt trasy a nie jako jej środek. Najbliższy  Głownu punkt czerwonego szlaku Reymonta, znajduję się w Rogowie, tutaj też zaczęliśmy jazdę tym szlakiem. Do Rogowa dojechaliśmy rowerami, co po trosze mogło być błędem ale stwierdziliśmy że przecież nie jest to aż tak daleko. Sam szlak miał mieć według opisów około 57 kilometrów do tego dodając około 25 na dojazd do rogowa i 25 na powrót z niego wychodziło lekko ponad 100 co wydawało się do wykonania. I pewnie by tak było gdyby nie późna godzina wyjazdy z domu. Ale po kolei.
Ja i Tobiasz na stacji w Rogowie
Wyjechaliśmy z domu około 10. Droga do Rogowa z racji tego ze znana nie przysparzała jakichś większych problemów. Przeciwnie jechaliśmy dość szybko ale i cieszyliśmy się z jazdy od czasu do czasu stając i rozmawiając. Takim punktem na przykład był młyn na Mrodze w Kołacinie. W Rogowie obowiązkowym punktem wycieczki oczywiście była stacja kolejki wąskotorowej. Prawie zawsze tam jesteśmy jak mijamy Rogów. Zresztą nie do końca wiedzieliśmy w którym miejscu w Rogowie można napotkać nasz szlak i obstawialiśmy że właśnie tam. Pomyliliśmy się, ale nie ma co żałować bo obejrzeliśmy ładnie odremontowany peron na stacji kolejki i chwile odpoczęliśmy pijąc herbatę. Po zlokalizowaniu na mapie przebiegu poszukiwanego szlaku przez Rogów, obmyśliliśmy którędy najlepiej będzie jechać. Postanowiliśmy szlakiem jechać zgodnie ze wskazówkami zegara, a wiec najpierw do Lipiec Reymontowskich potem do Skierniewic i stamtąd z powrotem do Rogowa od strony Arboretum SGGW. Plany jednak zmienił pociąg i zamknięty przejazd który sprawił że nie chciało nam się czekać i pojechaliśmy odwrotnie niż zamierzaliśmy.
Tobiasz i dworzec w Skierniewicach w tle
Teraz już wiem że dobrze że tak się stało. Trasa od Rogowa o Skierniewic okazała się bowiem dużo bardziej zróżnicowana, malownicza a i czasem, bardziej wymagająca niż odcinek ze Skierniewic do Rogowa przez Lipce Reymontowskie. Trasa zaczęła się od leśnego odcinka zaraz za  tutejszym wydziałem SGGW. Często zresztą prowadziła leśnymi odcinkami i drogami nieutwardzonymi. Przez co była bardzo ciekawa, obejrzeć bowiem można było piękno przyrody i odetchnąć od gwaru ulicy i samochodów. Trasa do Skierniewic prowadziła przez kilka bardzo fajnych malowniczych wiosek, ciekawie wkomponowanych w pofalowany krajobraz.

Front dworca w Skierniewicach
Pagórkowatość zresztą była dla nas dość dużym zaskoczeniem gdyż spodziewaliśmy się płaskiego terenu i dość monotonnej jazdy po asfalcie. Tak jednak nie było i niekiedy trochę się spociliśmy na podjazdach. A nie które odcinki tak jak odcinek miedzy Makowem a Lipcami prawie  wyssały z nas resztki energii.  Odcinek ten będący już za Skierniewicami był dość specyficzny. Prowadzić musiał po wzniesieniu ale o tak niskim kącie nachyleni że nie było w ogóle tego wzniesienia widać. Jednak ono tam było i przez kilka kilometrów wiecznie jechało się pod górę, co w polaczeniu ze zmęczeniem i kiepskim asfaltem dało tyle ze do Lipiec dojechaliśmy ma oparach.
Przed tym odcinkiem jednak jeszcze mieliśmy dość sporo energii i dość szybko i sprawnie dojechaliśmy do Skierniewic. Tutaj z racji faktu ze nie bywamy w tym mieście trochę się pogubiliśmy, chcieliśmy bowiem dostać się do stacji kolejowej a w mieście jakoś szlak się trochę plącze. Opłacało się jednak spróbować bo dworzec kolejowy w Skierniewicach jest naprawdę ładny, teraz dodatkowo odnowiony. Cały z cegły z dachówką na dachu i miedzianymi detalami dookoła. Do tego perony także odrestaurowane, przykryte zadaszeniem rodem i w wyglądem z XIX wieku. No ale w końcu to dworzec dawnej kolei warszawsko wiedeńskiej więc  wygląd musi zachować.

Na peronie spotkaliśmy także nikogo innego jak pana Wokulskiego we własnej osobie czekającego na pociąg. Oczywiście to tylko posąg ale świetnie wkomponowany w otoczenie. Z racji tego ze słonce coraz niżej i czasu coraz mniej uciekamy szybko ze Skierniewic, kierując się dalej szlakiem na Lipce Reymontowskie. Po pokonaniu wyżej opisanego fragmentu za Makowem, dojeżdżamy w końcu do Lipiec. Tutaj już zastaje nas zachód słońca i półmrok. Wyjeżdżamy z Lipiec jeszcze w szarówkę ale już chwile potem praktycznie robi się ciemno. W samych Lipcach odpoczywamy i posilamy się na tamtejszym skwerku i planujemy co dalej. Chcieliśmy zrobić zdjęcie domku Reymonta ale że półmrok to kiepsko znaleźć drogę a i oznaczenia kierujące do niego jakieś takie niezbyt dokładne i niejednoznaczne. Zrezygnowaliśmy wiec z tego i ruszyliśmy dalej w drogę powrotną do Rogowa i do domu. Do Rogowa dojechaliśmy dość szybko, jadąc raz jeden po nieutwardzonej drodze miedzy polami a tak to głównie korzystając z asfaltu. Do Rogowa jechaliśmy już zupełnie po ciemku na szczęście obaj uzbrojeni byliśmy w lampki rowerowe i odblaski. Sama droga prowadziła też mniej ruchliwą trasą. Po dojechaniu do Rogowa, zrobiliśmy jeszcze mały postój na zaplanowanie drogi do domu, tak żeby ominąć ruchliwe miejsca i błądzenie po lesie.
Ja i napotkany pan Wokulski

Droga do Głowna mimo że znana to miejscami bardzo ciemna a więc i momentami ciężka do jazdy. Asfalt u nas każdy wie jaki jest, do tego między lasami i wiejskimi zabudowaniami z biegającymi psami i nigdy nie wiadomo czy akurat właściciel zamknął bramę tym razem czy też nie. Nam się udało i nie mieliśmy styczności ani z dziurą ani z żadnym burkiem.

Tobiasz z panem Wokulskim




Wycieczka się udała i cieszyliśmy się z niej, mimo tego że ponad 2 godziny jechaliśmy po ciemku. Cieszyliśmy się z wyboru trasy, bo jazda po lesie i tych pagórkach jakie były na początku, tylko w świetle lampek nie była miłym wyobrażeniem. Szlak wywarł na nas pozytywne wrażenie zróżnicowany nie monotonny a jednak nie trudny i nie wymagający. Fakt że poza Rogowem Skierniewicami czy Lipcami nie miał wielu atrakcji turystycznych po drodze ale mimo wszystko dawał jakąś radość z jazdy. My za to dostaliśmy nauczkę że następnym razem, czy to zimą czy latem, jak chcemy gdzieś jechać to trzeba ruszyć tyłki wcześniej, bo jak nie to czeka nas jazda po ciemku. Szlak ten udowadnia że nawet u nas w mało urozmaiconym regionie polski można całkiem fajnie pojeździć rowerkiem i coś zobaczyć. Ta wspaniała mapa powstała dzięki Tobiasza pracy.
Pokaż Szlak "
Œladami Reymonta"
na większej mapie

niedziela, 21 lipca 2013

Rowerem po Szlaku Pamięci


Szlak Pamięci
Szlak Pamięci jest jednym z czterech szlaków projektu pod nazwą Muzeum w Przestrzeni. Wszelkie opracowania i mapy dają mu około 133 km długości co daję mu pierwsze miejsce jeśli chodzi o długość szlaków tego projektu. Pozostałe szlaki to Szlak Wytchnienia mierzący 113 km, Szlak Zadumy mający 102 km i wreszcie ostatni Szlak  Łaknienia o długości  71 km. Szlak Pamięci jak i cała koncepcja projektu Muzeum w Przestrzeniu opiera się głównie o działania wojenne z lat 1914 - 1918 i o przebieg bitwy znanej jako Operacja Łódzka. W rejonie po którym poprowadzone są szlaki jest mnóstwo miejsc pamięci, cmentarzy wojennych a także pozostałości po działaniach wojskowych typu okopy bądź stanowiska bojowe. Za ów projekt odpowiada gmina Koluszki która podjęła się tego zadania w porozumieniu z gminami Dmosin, Rogów , Jeżów i Brzeziny. Pisze o tym gdyż z jednej strony należy im się wielki plus i pochwała za starania i wysiłek a z drugiej minus i nagana za niedbałość, ale o tym potem.
Planem było dojechać z Głowna do Dmosina, gdzie najbliżej nas możemy napotkać Szlak Pamięci. Następnie jadąc szlakiem zgodnie z ruchem wskazówek zegara dojechać do wsi Borowa. Tutaj postój i nocleg u brata i w niedziele dalszy ciąg szlaku i powrót do domu. Wydawało nam się że szlak nie będzie sprawiał żadnych trudności, nastawieni więc byliśmy na dość szybkie i sprawne poruszanie się po nim. Przekonanie nasze opierało się na tym iż są to stosunkowo młode szlaki a i cały projekt dość niedawno został ukończony. Dodatkowo ilekroć jeździliśmy po okolicy, napotykaliśmy fajne nowe i wyraźne tabliczki z oznaczeniami szlaków, co nas utwierdzało w przekonaniu że musi to być łatwa i nie wymagająca trasa przynajmniej jeśli chodzi o orientacje. Czasem jednak pozory mylą, ale do rzeczy.
Z domu wyjechaliśmy w sobotę o godzinie 10 z kilkoma minutkami. Na szlak wjechaliśmy w Dmosinie, jest to krótki odcinek około 10 km więc na miejscu byliśmy po krótkim czasie. Tutaj z głównej drogi zaczęliśmy kierować się na Borki. Trasę wskazała nam tabliczka z charakterystycznym logo szlaku, czyli białe tło na którym narysowano, czarnym kolorem,  krzyż i napis 1914 w jego lewym górnym rogu.
Pomnik w Teresinie
Zaraz za zjazdem z głównej drogi przecinającej Dmosin, przejechaliśmy przez most na rzece Mroga i dalej kierowaliśmy się drogą wypatrując oznaczeń szlaku. Kiedy jednak przejechaliśmy już przez całą wieś Borki nie napotykając żadnego oznaczenia i mijając kolejne skrzyżowanie zaczęliśmy zastanawiać się czy dobrze jedziemy. Szybki rzut okiem na mapę potwierdził nas w przekonaniu że od dawna nie jedziemy po szlaku i że należało skręcić w pierwszą drogę w prawo by dalej jechać wzdłuż rzeki. Cóż kilka kilometrów na próżno ale mówi się trudno. Początek może być trudny a i te kilka  obrotów korbą więcej przecież nie robi problemu i co najwyżej szybciej się przyzwyczaimy do dłuższej jazdy. Dalej jednak nie było lepiej już przy następnym skrzyżowaniu zaraz ze przejazdem przez autostradę napotykamy kolejne skrzyżowanie i po raz kolejny żadnej tabliczki. Z pomocą przychodzi nam ponownie mapa, którą tak nawiasem mówiąc zdobyliśmy już jakiś czas temu przypadkiem odwiedzając informacje turystyczna w Dmosinie a której to nigdzie nie jest się w stanie dostać. Ma to dość kolosalne znaczenie gdyż na mapach którymi dysponujemy żaden ze szlaków Muzeum w Przestrzeni nie jest zaznaczony. Zatem albo należy zaufać oznaczeniu szlaków albo postarać się o mapę odwiedzając informacje turystyczną lub być może urzędy gminy twórców szlaków. My mapę na szczęście mieliśmy. Po zorientowaniu się w terenie odnaleźliśmy naszym zdaniem właściwą drogę i ruszyliśmy dalej. O słuszności wyboru poinformowała nas tabliczka napotkana gdzieś dalej po drodze. Szlak poprzez Kałęczew, Kraszew i Michałów zaprowadził nas do drogi 704 którą to przez pewien czas mieliśmy jechać. Gdyby jednak nie fakt że na lewo, patrząc z drogi którą wyjeżdżaliśmy, nie było oznaczenia o kończącym się powiecie brzezińskim i rozpoczynającym łowickim, nie bylibyśmy do końca pewni którędy. Kilka metrów dalej na przydrożnym znaku odnaleźliśmy ślady po znajdującej się tam kiedyś tabliczce określającej kierunek co utwierdziło nas w przekonaniu że jedziemy dobrze. Przy wspomnianej już drodze we wsi Teresin napotkaliśmy pierwszy pomnik. Dalej kierowaliśmy się już, jakby wracając, w prawo od trasy, mijając po drodze wieś Nadolna I dalej Kraszew. W Kraszewie odbiliśmy w lewo kierując się na Kołacinek.
Piękny i odrestaurowany drewniany kościół w Kołacinku
O tym że zbliżamy się do tej miejscowości poinformował nas wielki dinozaur przechadzający się wśród prehistorycznych drzew, wymalowany na wielkiej ścianie jednego z budynków, tamtejszego parku jurajskiego. Nie zatrzymywaliśmy się tu jednak obierając za cel kościółek i cmentarz kilkadziesiąt metrów dalej. Kościół drewniany, bardzo ładnie odnowiony wyglądał bardzo ładnie i ciekawie, cmentarz natomiast krył w sobie nie tylko groby mieszkańców pobliskich wsi jak i  żołnierzy walczących w okolicy ale także bardzo stare nagrobki pamiętające zeszłe stulecia. Z Kołacinka ruszyliśmy dalej kierując się już do Rogowa. Po drodze z większym bądź mniejszym sukcesem odnajdując właściwy kierunek i drogę, mijamy miejscowości takie jak Zacywilki czy też Stefanów. Do Rogowa wjechaliśmy od jego północnej strony, przejeżdżając przez Rezerwat Doliska i mijając po drodze dwie leśniczówki i kolejny cmentarz z okresu pierwszej wojny światowej. Trasa Przez Rogów wiedzie nas wyjątkowo skomplikowanie poprzez małe uliczki i zacisza mieszkalne by wyjechać tuż przy SGGW i tutejszym Arboretum. Dla kogoś kto chce ominąć kluczenie po Rogowie, polecam zaraz po przejeździe przez przejazd kolejowy jechać w lewo a nie w prawo jak wskazuje szlak.
Streszczona historia kościoła w Kołacinku
Dojedzie się także w to miejsce tyle że szybciej. Dla kogoś kto ma jednak chwile czasu polecam jedna pojechać szlakiem i lekko z niego zjechać by odwiedzić zajezdnie i eksponaty Rogowskiej Kolei Wąskotorowej. Po wyjechaniu z Rogowa i wjechaniu już do lasu tuż za SGGW całkowicie niknie jakiekolwiek oznakowanie szlaku. Mało tego nie ma nawet śladów że takowe mogło tam kiedykolwiek być. Sytuacja utrzymuję się przez cały leśny odcinek szlaku i tabliczki ukazują się dopiero po wyjeździe z lasu we wsi Jasień Duży. Nie mnie oceniać jakie są tego powody ale wygląda to tak jakby twórca szlaku nie dogadał się z leśnictwem i nie dostał pozwolenia na oznakowanie tam szlaku. Sprawa jest może błaha bo odcinek jest krótki ale mimo wszystko jest gdzie się tam zgubić i podobna sytuacja nie powinna mieć w miejsca. Dalej droga nie przysparzała nam problemu i dość szybko i sprawnie dojechaliśmy do Jeżowa gdzie szlak tak jak i w Rogowie prowadził nas poprzez spokojniejsze ulice miasta, tym razem by doprowadzić nas do cmentarza wojskowego. Nie było nam jednak dane go obejrzeć gdyż w mieście szlak się urwał a my zboczyliśmy z kursu. Odnaleźliśmy go chwile potem głównie tylko dzięki mapie i własnemu przeczuciu ale było to już na wyjeździe z Jeżowa. Po wyjeździe z tej miejscowości jechaliśmy dalej szlakiem tym razem obierając za kolejny cel Koluszki. Tak jak i poprzedni z większymi i mniejszymi sukcesami odnajdowaliśmy drogę wśród gminnych dróg, polnych szutrów czy tez leśnych duktów. Zgubiliśmy się tak poważnie dopiero na opłotkach Koluszek kiedy to po przejechaniu większego odcinka drogi nie dostrzegliśmy żadnych śladów świadczących o przebieganiu tędy szlaku. Po oględzinach mapy i orientacji w terenie doszliśmy  do wniosku że zamiast w miejscowości Nowy Redzeń jesteśmy w miejscowości Słotwiny, a odpowiedni skręt w lewo dawno minęliśmy. Nie było sensu wracać, zwłaszcza że było pod górkę po strasznie kamienistym i wymytym podłożu, postanowiliśmy zatem dogonić szlak w najbliższym dogodnym miejscu. Udało nam się dojechać do niego jeszcze w Nowym Redzeniu tyle że w jego powiedzmy połowie, czyli tam gdzie przecinała go trasa 715, którą to my korygowaliśmy zbłądzenie. Za Redzeniem po raz kolejny gubimy drogę wjeżdżając w las, nie jedziemy na szczęście daleko i w porę zauważamy pomyłkę. Dalej jednak sprawa wcale się nie polepsza i kiedy jadąc po szlaku minęliśmy tory i dojechaliśmy do rozwidlenia dróg w lesie, ponownie brak oznaczenia dróg i ponownie wybranie trasy zgodnie z przeczuciem. Tym razem na szybko stwierdziliśmy że skoro Koluszki są na prawo i my tam mamy jechać to jedziemy w prawo. Niestety błędne założenie i ponowne oddalenie się od szlaku.
Gdzieś na szlaku
Po kilkuset metrach albo i większym odcinku orientujemy się że jednak to zła droga, nie ma sensu jednak wracać i już przy pomocy mapy i tego co widzimy dookoła, doprowadzamy się jakoś do miasta. Szybko także dotarliśmy do szlaku i według niego już wjechaliśmy dalej w miasto. Szlak prowadzi praktycznie dookoła Koluszek wzdłuż torów najpierw po jednej by później wracać po drugiej ich stronie. My jednak, otwarcie się przyznam, odpuściliśmy sobie dalszą jazdę przez miasto. Po raz kolejny bowiem nikną i giną wszelkie oznaczenia a te które gdzieś się uchowały nie zawsze są kompletne i wprowadzają niekiedy w błąd. Lekko podenerwowani i spragnieni, kierujemy się do spotkanej po drodze Biedronki. Kupujemy w niej wodę, dwa batoniki i  z racji tego że byliśmy blisko wyjazdowego fragmentu szlaku, zdecydowaliśmy się odpuścić sobie Koluszki. Odnalazłszy oznaczenia szlaku w odpowiednią dla nas stronę, szybko wyjechaliśmy z miasta. Nie obyło się oczywiście bez uważnego szukania oznaczeń bo nie wszędzie były. Stąd aż do Borowej i do zakończenia pierwszego etapu droga upływała nam już całkiem dobrze praktycznie wszędzie były oznaczenia nawet na leśnym fragmencie.  Choć oczywiście już nie do końca bo mimo iż faktycznie wyjechaliśmy na drogę w Borowej to nie tak jak szlak prowadził czyli drogą z Chrust ale jakąś polną wzdłuż granicy leśnej. Powód był tym razem wiadomy dwa znaczki które owszem były na szlaku, leżały oderwane i wskazywały złą drogę. Nie zorientowaliśmy się od razu ani nie spojrzeliśmy na mapę bo kierunek się zgadzał więc nie wzbudziło to naszych podejrzeń. Nie mniej jednak trafiliśmy do Borowej i do brata naszego, który traf chciał, mieszka akurat w Borowej w tym miejscu gdzie prowadzi szlak. Na tym się kończył pierwszy dzień zmagań z jakże fajnym ale i ciężkim fragmentem Szlaku Pamięci. Dzień jazdy zakończyliśmy około godziny 16 mając za sobą jakieś 88 kilometrów i ponad połowę szlaku.
Pamiątkowy obelisk na cmentarzu pod
Gałkówkiem Małym
W niedziele w związku z wczesnym wstawaniem gospodarzy a także faktu że i my chcieliśmy wcześniej wyruszyć na szlak wyjechaliśmy w drogę kilka minut przed 8 kierując się w lasy za Borową prowadzące do Gałkówka Małego i tamtejszego cmentarza wojennego z okresu Operacji Łódzkiej. Dzień zaczęliśmy zatem od orzeźwiającego fragmentu po lesie gdzie słońce jeszcze nie zdążyło się przebić a na trawie spotkać było można jeszcze krople rosy. Las w okolicy Borowej i Gałkówka jest lasem o sporych rozmiarach wiele tu ścieżek i dróg, dobrze zatem że w tym fragmencie szlaku nie brakło tabliczek z oznaczeniami. cmentarz wojskowy usytuowany jest tu na jednym z leśnych wzniesień. Pochowani tu są żołnierze rosyjscy walczący z nacierającymi wojskami niemieckimi w 1915 roku. cmentarz przez długi czas był zapomniany i zaniedbany tak więc teraz znajduję się na nim nie wiele śladów i pozostałości informujących o historii tego miejsca. Zachowało się kilka tablic a także kamień z wykutą informacją w języku niemieckim, postawioną zaraz po utworzeniu cmentarza. O odpowiednią oprawę zadbała także gmina i twórca szlaku ustawiając odpowiednią tablice informacyjną. Dalej droga przez las układała nam się różnie. Oznaczenia także jakby pokazywały się rzadziej by w końcu zniknąć na dobre. Po raz kolejny uratowała nas mapa i orientacja w terenie. Jechaliśmy bowiem jedna z szerszych leśnych dróg, swoja drogą o fajnej nawierzchni i w pofalowanym terenie, dojechaliśmy w pewnym momencie do skrzyżowania z taka sama drogą. Nie było oznaczeń ale wiedzieliśmy z mapy że powinniśmy dojechać do zabudowań a tych jeszcze nie było, pojechaliśmy zatem prosto. Po dojechaniu do zabudowań Justynowa ponownie czarna dziura i zero tabliczek, wiedzieni jednak mapką wybraliśmy dobrą drogę i już niedługo potem byliśmy przy kolejnym pomniku. Jadąc lasem wzdłuż napotkanej drogi, starając trzymać się szlaku , którego tabliczki pokazały się ponownie na chwile, wróciliśmy z powrotem do Gałkówka. Po drodze minęliśmy tory których na mapie nie ma a także pobłądziliśmy przez chwile, opatrznie rozumiejąc napotkany kierunkowskaz wskazujący cmentarz. Myśleliśmy że to kolejny cmentarz ale w porę zorientowaliśmy się że to ten na którym jeszcze parę minut wcześniej byliśmy, tylko że od drugiej strony. Skorygowaliśmy jednak szybko trasę i po odnalezieniu szlaku, dłuższą chwile jechaliśmy nim bez większych problemów.
Kamiń pamiątkowy z inskrypcją w języku niemieckim i kilka
zachowanych nagrobków na cmentarzu
w lesie pod Gałkówkiem Małym
Szlak z Gałkówka prowadził już asfaltem po drodze gminnej więc kilometry mijały szybko. Szybko także minęliśmy także kolejne wsie i dotarliśmy do kolejnego cmentarza tym razem w okolicach Adamowa. Cmentarz usytuowany przy drodze więc nie trudno było go znaleźć. Miejsce pochówku żołnierzy walczących w operacji łódzkiej było dość rozległym terenem jednak czas odbił się wyraźnie na kondycji cmentarza zatem z wielu nagrobków zostało nie wiele i zostały one zebrane i zgrupowane wokół pomnika w centralnym miejscu tego swoistego zarośniętego parku. Zaraz za cmentarzem droga skręca z wygodnej asfaltowej trasy w leśną ścieżkę przy której przypadkowo napotykamy kolejne miejsce pochówku z pierwszej wojny światowej. Tym razem ów mogiła znajduję się w lesie opodal wsi Małczew. Gdyby jednak nie tablica informująca ustawiona przy ścieżce, najpewniej minęlibyśmy to miejsce nie wiedząc wcale o jego istnieniu. Sama ścieżka szlaku w tym miejscu jest strasznie zarośnięta, więc o wyglądzie samego miejsca spoczynku żołnierzy nie ma co wspominać. Kąsani przez komary inne owady chroniące się przed upałem w leśnym chłodzie szybko ruszyliśmy dalej. Dojechaliśmy szybko do wspomnianej już wsi Małczew, z której to zaczęliśmy się dalej kierować już w zasadzie na Brzeziny tyle że trochę okrężna i mniej ruchliwą drogą. Minąwszy wsie Hellenów, Paprotnie i Pokrętki dojechaliśmy wreszcie do samych Brzezin wjeżdżając do miasta od strony zachodniej drogą numer 72. Same Brzeziny niestety nas nie zachwyciły ani nie były wygodne do jazdy. Miasto posiada w centrum kilka dróg jednokierunkowych i dość skomplikowany jak dla kogoś kto rzadko tam przebywa, zorganizowany ruch po tych ulicach.
Pomnik i centralna część cmentarza pod Adamowem
Do tego wybrakowane tabliczki oczywiście w najbardziej potrzebnych miejscach, sprawiły że centralny plac z fontanną objechaliśmy uliczkami aż dwa razy szukając odpowiedniej drogi. Tym razem także musieliśmy odwołać się do naszej mapy a także do mapy miejscowości ustawionej obok fontanny. Po odnalezieniu drogi ruszyliśmy dalej, trochę zmęczeni i poirytowani. Niestety dalej wcale nie było lepiej tym razem jednak sprawa rozbijała się o cmentarz ewangelicki ze znajdującymi się tam grobami wojskowymi, który wyglądał niczym ruina z zakazem wejścia. Podjechaliśmy bowiem zgodnie z tym jak szlak prowadzi i nic poza zarośniętą i będącą w rozpadzie bramą, do tego zamkniętą na żelazne kraty nie widzieliśmy. Od bramy odchodził jeszcze murowany płot ale w równie opłakanym stanie. Być może jest tam jeszcze jakieś inne wejście od innej zupełnie strony, choć wątpię gdyż jadąc dalej widzieliśmy kolejny bok tej nekropoli i nic poza drzewami i strasznymi krzakami nie widzieliśmy. Wniosek z tego taki że nikt o to nie dba i nie ma zamiaru dbać, rzecz się ma podobnie zresztą także z mijanym chwile dalej cmentarzem żydowskim, choć tutaj akurat wygląda to ciut lepiej choć wcale nie tak jak powinno to wyglądać. Z Brzezin zatem wyjechaliśmy mówiąc delikatnie mało zadowoleni tym co zastaliśmy. Na szczęście przed nami rozpoczynał się wyjątkowo fajny, malowniczy i ciekawy jeśli chodzi o zróżnicowanie terenu, odcinek szlaku, biegnący wzdłuż górnej Mrożycy. Odcinek głównie leśny, często prowadzący wąską ścieżką, niekiedy opadający, niekiedy wznoszący się, zaskakujący i wymuszający uwagę podczas jazdy. Niestety odcinek nie za długi ale jak najbardziej godny zapamiętania. Po wyjechaniu już z tego fajnego odcinka leśnego znaleźliśmy się w Dąbrówce Małej.
Nagrobki na cmentarzu pod Adamowem,
na pozostałych cmentarzach napotkać można takie same
Stąd szlak poprowadził nas z powrotem w stronę rzeki Mrożyca i do nieczynnego już młyna znajdującego się na niej. Młyn zachowany w dość dobrym stanie a okolica rzeki całkiem przyjemna. Niestety poza tablicą pamiątkową postawioną tu przez twórcę szlaku nie widać żadnej woli zachowania tego zabytku więc z czasem młyn będzie niszczał i długo dobrze zachowany nie pozostanie. Po tym jak przekroczyliśmy po raz kolejny Mrożycę, zaczęliśmy kierować się już w stronę Woli Cyrusowej. Mijając kawałek pola, zabudowania wsi Jabłonów i Woli Cyrusowej a także korzystając zarówno z dość dobrej trasy jak i dobrego oznaczenia szybko znaleźliśmy się pod ścianą Poćwiardowskiego lasu, będącego ostatnim leśnym odcinkiem na szlaku. Niestety wraz z zakończeniem Woli i wjazdem do lasu skończyły się ponownie oznaczenia szlaku zatem po raz kolejny zaczęliśmy błądzić. Jeszcze przed wjazdem do ścisłego lasu musieliśmy się wracać gdyż jadąc wzdłuż jego ściany nie zauważyliśmy leśnej zarośniętej drogi, na próżno zresztą szukając jakiegoś oznaczenia na drzewach, mijanych przez nas z każdej ze stron. Po odnalezieniu drogi i właściwym wjeździe do lasu było już tylko gorzej. Las miejscami mało nadawał się na rower gdyż nie zadbano o leśne trakty, na których to rosły chwasty, wysokością dorównujące rowerowi, czy choćby fakt że w pewnym miejscu brak drogi w ogóle. Ten odcinek był wyjątkowo trudny i polecam go twórcom do przejazdu osobiście rowerem.
Szlak rowerowy i przypadkowe natknięcie się na mogiłę
pod Małczewem
Od wspomnianego wyjazdu z Woli Cyrusowej i wjazdu w las, przez cały odcinek leśny aż do szukanego przez nas cmentarza wojskowego znajdującego się na samym końcu lasu, nie znaleźliśmy ani jednej tabliczki ani jednej wskazówki ani jednego oznaczenia. Po raz kolejny mapa i po raz kolejny orientacja w terenie, zaznaczę ze im dalej tym trudniejszym. Droga bowiem leśna z typowej, mieszczącej samochód zaczęła się zwężać i coraz bardziej zarastać. W końcu znaleźliśmy się prawie przy samej rzece, wzdłuż której szła kolejna ściana lasu, a gałęzie schodziły tak nisko ze ciężko było jechać. Co do jazdy zresztą chwile później przestała być ona możliwa gdyż nie było dalej ścieżki ani drogi tylko las, dodatkowo zarośnięty jeżynami i pokrzywami i nie dawno przycięty i zaorany. Bardzo nam pomógł jednak pieszy szlak zielony prowadzący według mapy mniej więcej tak jak nasz szlak pamięci. I fakt faktem gdyby nie on prawdopodobnie odpuścilibyśmy sobie ten odcinek. Fragment leśny fatalny choć teraz można się z tego śmiać i wspominać, podczas przedzierania się przez jeżyny mieliśmy mieszane odczucia. Na szczęście miejsce pochówku żołnierzy z pierwszej wojny światowej będące naszym celem dla którego przeprawiliśmy się przez ten las było miejscem wyjątkowo ładnym i przyjemnie zaskakującym, zarówno wyglądem jak i stopniem zadbania o nie.
Zdjęcie mogiły pod Małczewem zestawiaone ze zdjęciem
tego samego miejsca umieszczonym na tablicy informacyjnej,
prawdziwy "dzien do nocy"
Był to ostatni nasz cmentarz jaki widzieliśmy podczas tej wycieczki, teraz zostało nam powoli kierować się na Dmosin gdzie dnia poprzedniego zaczęliśmy jazdę po szlaku. Jadąc już po asfalcie szybko wróciliśmy do Woli Cyrusowej i dalej jadąc cały czas szlakiem minęliśmy Lubowidzę i Nagawki. W Nagawkach przejeżdżaliśmy obok nie dawno ukończonego skansenu który nawet z boku robi ogromne wrażenie. Sprawia wrażenie zarówno spokojnego jak i przyjemnego miejsca i zachwyca wykończeniem i widokami jakie niosą odrestaurowane budynki. Z Nagawek do Dmosina to już przysłowiowa formalność wiec chwilę potem byliśmy już w Dmosinie. Tutaj także przejeżdżając obok skrzyżowania gdzie zaczynaliśmy podróż, zatoczyliśmy koło i spokojnie zaczęliśmy wracać już do domu do Głowna.
Przeprawa przez odcinek leśny szlaku w Poćwiardowskim
lesie, na pierwszym drzewie z lewej strony widoczne
oznaczenie zielonego szlaku pieszego
Szlak Pamięci jest bardzo interesującym szlakiem. Posiada kawał historii, zarówno państwa jak i ludzi do przedstawienia, jak także i bardzo ciekawą i różnorodna trasę po której wiedzie. Zdecydowanie nie jest szlakiem na rower szosowy a raczej na rower trekingowy bądź górski. Trasa bowiem bardzo często zjeżdża z utwardzonej nawierzchni zamieniając asfalt na piach bądź żwir. Dzięki temu ukazuję piękno naszego regionu i ucieka od monotonii ciągłej jazdy po asfalcie. Obfituje także w wiele ciekawych miejsc mogących zainteresować każdego i dających chwile na odpoczynek i wytchnienie w trasie. Jest pomysłem bardzo fajnym i zasługującym na uznanie, także jak i cała koncepcja muzeum w przestrzeni. Niestety to tyle dobrego, wad bowiem kilka też trzeba wymienić. Twórcy szlaku wydając kilka set tysięcy złotych na jego powstanie chyba trochę zapomnieli komu i czemu ma on służyć. Skupili się bowiem na estetycznym i wizualnym wyglądzie szlaku a nie na jego praktyczności. I o ile nie neguje tutaj potrzeby postawiania tablic informacyjnych to już uważam że forma tabliczek oznaczających szlaki została zupełnie chybiona. Tabliczki nie dość że zrobione z czegoś co może przypominać sprasowany warstwowo papier o grubości około 0,5 – 1 cm, zostały jeszcze przymocowane w sposób z góry skazany na porażkę. Owszem są ładne i ładnie się prezentują ale nie są praktyczne ani trwałe. Twórcy bądź też ludzie odpowiedzialny za oznaczenie nie raz popełniali błędy przy oznaczeniach wskazując zbyt ogólnie kierunek bądź umieszczając tabliczki w nadmiernej ilości na drodze prostej gdzie nie sposób było zabłądzić. Z kolej w niektórych miejscach wprowadzały wręcz w błąd każąc skręcać mimo że droga zwyczajnie tylko szła po łuku w jakąś stronę.
Cmentarz wojskowy na granicy lasu poćwiardowskiego
Forma wykonania oznaczeń szlaku przyczyniła się do tego że stały one łatwym celem dla wandali i kolekcjonerów którzy w łatwy sposób mogli oderwać taką tabliczkę, gdyż przyklejone one są tylko na coś w rodzaju kleju. To wiem z autopsji bo nie raz nie dwa widzieliśmy na trasie zamiast tabliczki tylko pozostałe na słupie trzy bądź dwa kleksy kleju. Mocowanie to też sprzyja odrywaniu się samoczynnego tabliczek, spowodowanego wiatrem bądź deszczem. Nie raz bowiem tabliczki leżały gdzieś przy znaku bądź drzewie ułożone tam przez jadącego bądź idącego odpowiedzialnego turystę, który znalazł je pewnie gdzieś na asfalcie bądź przy rowie. Przez lata sprawdzały się i sprawdzają dalej najprostsze oznaczenia w postaci szablonu i dwóch kolorów farby. Jest to zarówno estetyczne jaki i praktyczne. Czemu zatem nie zastosowano takiej formy? Można też wzorem twórców wojewódzkich szlaków zrobić tabliczki metalowe przykręcane do znaków. Nie można też wspomnieć o braku jakiejkolwiek opieki nad szlakiem i zabytkach na jego trasie, wspomnieć tu należy mogiłę pod Małczewem czy też cmentarz w Brzezinach, ale także krzaczory i szczery las przez który należało się przedrzeć za Wola Cyrusową.
Jeden z wielu przykładów co się dzieje z tabliczkami,
ta tutaj znaleziona w krzakach  
Niestety takie podejście do inwestycji która kosztowała ponad 300 tyś zł sprawi że szlak zostanie niedługo zapomniany i pieniądze pójdą w przestrzeń bez większego sensu. Brak jest map określających przebieg trasy, i jak się wydaję współpracy między gminami i innymi instytucjami, typu lasy państwowe czy też urząd marszałkowski. Świadczyć mogą o tym braki w oznaczeniach leśnych jak i nieuwzględnienie szlaków na mapach województwa gdzie znaleźć można inne szlaki a te niestety nie. Mapa wydana na potrzeby szlaku jest dość dobra ale jest ona praktycznie nie dostępna bądź trudno dostępna, strona internetowa nie mówi nam nic o przebiegu szlaku.

Mimo wszystko polecam chętnym jazdę po szlakach Muzeum w Przestrzeni gdyż to fajny kawałek i historii i drogi do przejechania, należy jednak uzbroić się w cierpliwość, mapę, dobry humor i czas, gdyż bez odpowiedniego dystansu, podejścia i zabezpieczenia nie przyniesie on radości a tylko rozczarowanie bądź irytacje.  K.R.


Pokaż Szlak Pamięci na większej mapie
Mapę opracował Tobiasz

środa, 29 maja 2013

„Szable i Bagnety” Czerwony Szlak Rowerowy po ziemi Łowickiej


„Szable i Bagnety” to jeden z najbliższych Głownu szlaków rowerowych. Wjechaliśmy na niego między wsiami Hellenów a Zgoda będącymi na drodze łączącej Bielawy z Głownem. Szlak, według zapewnień różnych map, miał mieć od 119 km do 120 km. Plus dojazd do szlaku i powrót, liczyliśmy trasę więc na coś około 140 km. Wyjechaliśmy z domu o 11.21, dotarliśmy do szlaku o 11.43, dojechaliśmy  do końca szlaku o 19.09, a w domu byliśmy na 19.36. Łączny dystans to 142,82 km, dystans szlaku to 124 km.
Od miejsca w którym na niego wjechaliśmy prowadził na północ na Bielawy, dalej na Sobote a stamtąd na Łowicz.
Za Łowiczem trochę jeszcze biegł wzdłuż Bzury na wschód, by przekroczyć ją w Kompinie i prowadzić teraz na południe do Nieborowa. Od Nieborowa prowadził już lekko z powrotem na południowy zachód. Dalej mija Bełchów skąd kieruje nas do Łyszkowic. Dalej prowadzi na południe po pagórkach Bobrowej, skąd też wraca zaraz na północ, mijając Czatolin i jadąc do Domaniewic. Dalej już tylko Skaratki i lasy stanisławowskie, po wyjeździe z których trafiamy do miejsca startu.
Jest to szlak długi, obfituje jednak w dość zróżnicowane odcinki przez co nie jest aż tak monotonny. Owszem zdarzają się odcinki gdzie trzeba kilka kilometrów zrobić asfaltem po prostej i po płaskim ale to już urok naszego regionu. Są jednak odcinki także i leśne po piaskowych i szutrowych drogach.   
Walewice - pomnik upamiętniający żołnierzy bitwy nad Bzurą
Bardzo ładny i malowniczy jest odcinek wzdłuż Bzury zarówno przed jak i za Łowiczem, oczywiście w tym miejscu wiedzie nie utwardzoną dróżką często bardzo podmokniętą. Zdarzają się także ciekawe podjazdy i zjazdy które trochę przyspieszają tętno i napływ adrenalinki, zwłaszcza w południowych odcinkach szlaku. Trasa sama w sobie jest także dość kręta więc jedzie się dość fajnie. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę teren i region w jakim jest ten szlak umiejscowiony żeby potem nie było rozczarowań. Moim zdaniem nie namówimy nikogo z południa czy północy Polski by specjalnie po to tu przyjechał ale miejscowych jak najbardziej. Można bowiem bardzo fajnie się wyżyć fizycznie jadąc tą trasą i pokonać jakieś swoje limity czy małe rekordy. Co do aspektów historycznych i zabytkowych to jednak nie jest tu aż tak wiele tych miejsc jak można by się spodziewać.
Podczas drogi minęliśmy jedno kompletnie nie oznaczone miejsce, znaliśmy je akurat z wcześniejszych wojaży dlatego wiedzieliśmy gdzie jest. Ktoś inny, mimo iż jest przy samym szlaku mógłby je bardzo łatwo ominąć. Po drodze są oczywiście cmentarze, kościoły i pomniki, ale też nie za wiele. Szlak prowadzi przez Walewice, gdzie szukając odpoczynku można na chwilę wjechać  na tereny tamtejszego pałacyku i zrelaksować się gdzieś na trawie w otaczającym pałac parku. Dalej jest też kolejny pałacyk tym razem w Sobocie, ten jednak mimo ze ulokowany także na terenie małego parku, jest jednak dużo mniejszy i pełni funkcje mieszkalne wiec nie jest ani okazały ani nawet ładny, wszędzie bowiem dopatrzeć się można naleciałości obecnego użytkowania i zaniedbania.
Stary Rynek w Łowiczu - z lewej strony tego
muzeum zaczyna się czerwony szlak
Po drodze szlak trafia także do Nieborowa, ale tutaj to nawet fotki ciężko zrobić przez bramę. Wstęp jest bowiem płatny a przy bramie kręcą się panie, kasjerki bądź porządkowe, które uważnie śledzą poczynania turystów, zwłaszcza tych którzy nie kupili jeszcze biletu. Szlak niekiedy robi po drodze małe kółeczka tylko po to by doprowadzić turystę do obejrzenia jakiegoś zabytku. Tak się stało we wsi Bednary gdzie szlak specjalnie skręcił w prawo by dowieźć nas do kościoła a potem dwa razy skręcił w lewo i dojechaliśmy do drogi którą jechaliśmy wcześniej, mając jednak za sobą jakieś 2 km kręcenia więcej.
Podobnie rzecz się ma w Łyszkowicach, gdzie mimo że moglibyśmy skręcić w odpowiednia drogę wcześniej, jedziemy kilkadziesiąt metrów dalej by dojechać do pomnika. Potem jednak wracamy do poprzedniego skrętu mniejszymi dróżkami miejskimi. Nie ma w tym nic złego w końcu szlak ma cos pokazać i mieć jakiś cel, wspominam o tym tylko dlatego bo może ktoś nie ma ochoty oglądać kolejnego kościoła. Wystarczy odpowiednio wcześniej spojrzeć na mapę i skorygować sobie pewne odcinki. Jadąc jednak szlakiem mapa zupełnie nie jest potrzebna, no może tylko do zorientowania się w której części szlaku już jesteśmy. Do samego szukania trasy zdecydowanie wystarcza oznaczenia które twórca szlaku umieścił po drodze. Nigdzie poza Łowiczem nie mieliśmy z tym problemu, wszędzie albo nowe tabliczki metalowe albo ładnie namalowane farbą oznaczenia szlaku, dokładnie informowały o kierunku jazdy. Co do Łowicza to tutaj też jakiegoś wielkiego problemu nie było. Rzecz się rozbijała o to ze według twórców szlak zaczynał się i kończył na Nowym Rynku w Łowiczu i oznaczenia w postaci czerwonej kropki są po dwóch stronach rynku, tak więc turysta który tak jak my przejeżdża tylko przez Łowicz, a nie startuje tutaj, musi rynek przejechać na czuja.
Cmentarz wojskowy w miejscowości Kompina
Są jednak tutaj aż dwa punkty informacji turystycznej więc można się skonsultować a i sam szlak jest oznaczony tak że jak już się na rynek wjedzie i zrobi rekonesans uliczek wyjeżdżających z niego nie będzie miał z tym problemu, zwłaszcza ze rynek duży nie jest. My szlak zrobiliśmy jadąc przez cały dzień, ot taki mieliśmy plan, założenie i cel do osiągnięcia. Można jednak szlak spokojnie sobie podzielić i przejechać tylko jego fragmenty. Monotonną trasą jest odcinek dojazdu do Łyszkowic gdyż jedziemy kilka kilometrów po
prostej drodze bez możliwości obejrzenia niczego, do tego po płaskim terenie wśród może nie dużego ruchu ale jednak gęstszego niż na innych fragmentach. Warto jednak do Łyszkowic dojechać gdyż fragment szlaku od Łyszkowic poprzez  Bobrową jest bardzo malowniczy, dość kręty z ciekawymi podjazdami i zjazdami. Osobiście uważam ten odcinek za jedno z ładniejszych miejsc na szlaku, ruchu prawie zero, małe, wąskie drogi ale równe i wyasfaltowane, do tego wijące się niczym w na wyżynie. Dość problemowym odcinkiem jest także odcinek który trzeba pokonać drogą wojewódzką gdyż jest dość ruchliwa ale za to prawie cały czas z górki wiec można osiągnąć fajna prędkość na bardzo dobrym podłożu.
Miejsce odpoczynku na szlaku, gdzieś na skraju
Bolimowskiego Parku Krajobrazowego
Odcinek nie jest tez tak strasznie długi, wiec trasa nie przykrzy się tak bardzo. Większość szlaku prowadzi jednak przez mało ruchliwe tereny wiec można cieszyć się spokojem i jazdą.
Nie licząc odcinków leśnych i tych przy Bzurze trasa wydaję się być bardzo dobra na rower szosowy bądź przełajowy. My jechaliśmy typowymi góralami o agresywnym bieżniku na naszych szerokich oponach. Przez większość jednak drogi jechaliśmy zdrowo naciskając na pedały i głównie na przełożeniach 2:9 w moim przypadku bądź 3:6 w brata przypadku.
Kilometry pokonywało się dość szybko i łatwo. problemem mogło być jedynie słońce, dość dobrze palące i ewentualny zaplanowany kilometraż gdyż już po 70 – 80 km mieliśmy już zaspokojoną potrzebę rowerkowania na jeden dzien. Jednak nie daliśmy się i skończyliśmy szlak tak jak planowaliśmy. Fakt ze kondycja mogłaby być lepsza ale szczerze powiedziawszy nie odczuliśmy tego na drugi dzień tak jak się obawialiśmy.
Czerwony Szlak Rowerowy „Szable i Bagnety” udało nam się pokonać i jesteśmy zadowoleni zarówno z faktu jak został poprowadzony jak i osobistego sukcesu jakim było pokonanie tylu kilometrów na raz.


Pokaż Szlak Szable i Bagnety na większej mapie
Mapę opracował Tobiasz
Most nad Bzurą w Kompinie

Majówka 2013. Czyli Jura Krakowsko – Częstochowska na rowerze.

My, Jacek, Kamil i Tobiasz. W tle zamek Rabsztyn.

Majówka jak i zima 2013 roku była dużym zaskoczeniem. Każdy planował wyjazd i wygrzewanie się na słońcu a wyszło niestety siedzenie w domu i patrzenie na telewizje, pogoda bowiem zupełnie nie dopisała. Było zimno, wilgotno, wiało i padało. Ci zatem którzy nie robili poważnych planów bądź mogli je zmienić robili to bez zastanowienia.
My w planach mieliśmy trzy dniowy wypad rowerowy w Jurę Krakowsko-Częstochowską z namiotem i plecakami. Pogoda, według prognoz, może nie miała być idealna, ale miała być znośna, zresztą codziennie się to zmieniało i tak naprawdę nie wiadomo było której prognozie wierzyć. Do tego z wielu powodów był to pierwszy od dawna wspólny, dłuższy wyjazd i może na pewien czas ostatni, więc wcale nie zamierzaliśmy rezygnować  tak łatwo.
Okiennik Wielki 
Od początku planowania wyprawy aż do jej końca mało co szło po naszej myśli. Nie mniej jednak wyjazd należy zaliczyć do bardzo udanych, choć wyszedł zupełnie inny niż miał być.
Najpierw miał to być pełny pięciodniowy wypad nad morze. Mieliśmy wyjechać z Głowna i dojechać aż do Władysławowa. Trasa na około 4 dni ze zwiedzaniem wszystkiego po drodze i jeden dzień odpoczynku na miejscu oraz powrót pociągiem. Oczywiście jednak nasze koleje idąc naprzeciw rowerzystom po prostu zamknęły im drzwi przed nosem. Jest to oczywiście duże uogólnienie ale fakt jest faktem że ze względu na obostrzenia jakie wprowadziła jedna ze spółek, a także na horrendalne ceny, czas podróży i ilość przesiadek które są poza jakimkolwiek komentarzem, musieliśmy   odpuścić tę stronę Polski. Zdecydowaliśmy się na czterodniowy wypad w nasze ulubione skały. Potem jednak ze względu na różne obowiązki i chęć odpoczynku chwile przez powrotem do pracy, skróciliśmy plan tylko do trzech dni. Plan został ustalony, ustalone było miejsce, czas i liczba ludzi, jednak i tu w ostatniej chwili ponownie się zmieniło i już zamiast czterech okazało się ze pojedzie nas tylko trzech. Z wielkim bólem ale i zrozumieniem sytuacji pojechaliśmy we trzech. Pogoda miała być nie za specjalna ale licząc dni wyjazdu tylko trzeciego dnia spodziewaliśmy się przelotnych deszczy i burz. Miał to być już jednak dzień dojazdowy więc byliśmy to w stanie przeżyć. Prognozy jednak prognozami a rzeczywistość szła swoja drogą. Trzeciego dnia najzwyczajniej nie doczekaliśmy bo drugiego tak zaczęło lać ze nie było wyjścia jak tylko wracać. Na szczęście powrót okazał się równie ciekawy bo nie polegał na jak najszybszym i najkrótszym wariantem trasy ale przewidywał pewnego rodzaju parcie do przodu i wykorzystanie tak ignorowanych przez nas pociągów. Ale może zacznijmy od początku i po kolei.
Środa kilka minut po piątej budzimy się i szykujemy do wyjazdu. Nastroje pozytywne mimo że na dworze jakaś mokra mgła i zasnute chmurami niebo. W nocy zresztą trochę padało ale stwierdziliśmy optymistycznie ze przecież skałki są jakieś 200 km od Łodzi wiec tam pewnie tak źle nie jest. Mimo jednak wyjątkowo lekkiego podejścia do sprawy to przyjęliśmy sobie wariant że w razie kiepskiej pogody po prostu wrócimy wcześniej. Nadzieje jednak mieliśmy oczywiście na długą wyprawę, mimo wszystko w cieple i promieniach słońca.
Okiennik w całej okazałości
Z Borowej pod Łodzią ruszyliśmy kierując się na Morsko gdzie zostawić mieliśmy nasz samochód i skąd miała wystartować nasza kolejna skałkowa przygoda. Na miejscu byliśmy miedzy 8 a 9 rano wiec start mieliśmy dość wczesny. Auto zostawiliśmy na parkingu hotelowym w ośrodku Morsko, za co dziękujemy po raz kolejny bo i mili ludzie i zero problemów, a i grosza nas to nie kosztowało. Po szybkim rozpakowaniu i krótkim przygotowaniu się do drogi wyruszyliśmy od razu w trasę. W samochodzie zostawiliśmy sobie suche rzeczy tak na wszelki wypadek by mieć w razie co w czym wracać. Zadowoleni i za wielkimi uśmiechami na twarzy a także wielkimi plecakami na plecach, skierowaliśmy nasze kola na czerwony szlak pieszy, zmierzając do mojej ulubionej skały a mianowicie do Okiennika Wielkiego. Trasa upłynęła nam dość fajnie bo teren ciekawy dużo zakrętów, dużo podjazdów i dużo zjazdów. Byliśmy bardzo spragnieni roweru i pierwszego w sezonie pedałowania w terenie wiec nie szczędziliśmy się od samego początku. Miało to swój efekt taki ze przy Okienniku, mimo że nie tak wcale dalekim, zialiśmy jak wawelskie smoki, ciesząc się ale i chwytając każdy możliwy łyk powietrza. Sam Okiennik to wspaniała skała, wysoka, ciekawa i przede wszystkim dostępna prawie dla każdego. Ma to także i swoje minusy bo na ściankach słynnego okna na skale jest mnóstwo zupełnie nikomu nie potrzebnych bazgrołów, mówiących o przybyłych tam na przestrzeni lat ludzi. Mimo że nie pierwszy już raz tam byliśmy zostajemy tu chwilkę robiąc zdjęcia, wspinając się na skałkę i odpoczywając.
Widok na okolicę z okna Okiennika
Chwila, może troszkę zbyt długa, w końcu jednak dobiega końca, wsiadamy więc na nasze rumaki i pedałujemy dalej. Teraz kierujemy się ponownie czerwonym szlakiem pieszym tym razem na góre Birów i Podzamcze. O ile w ruinach Ogrodzieńca byliśmy już kilka razy, o tyle osadę na górze Birów mieliśmy obejrzeć po raz pierwszy. Szlak z Okiennika prowadził nas bardzo ciekawą trasą przez las, gdzie po raz kolejny mogliśmy się pocieszyć jazda na górskim rowerze po nierównościach i przewyższeniach.  Dalej już szlak lekko nas zawiódł a właściwie to przyhamował. Po fajnych odcinkach biegnących leśnymi ścieżkami szlak zaczynał prowadzić leśnym traktem, ten jednak złożony w dużej mierze z naniesionego przez deszcz i wypłukanego, luźnego piasku, utrudniał jazdę. Dodatkowo trakt był świeżo przekopany końskimi kopytami. Jechać się nie dało, rowery więc prowadziliśmy przez jakiś czas.
Grodzisko na Górze Birów
Pod samą górą Birów szlak stawał się dużo bardziej dogodny do jazdy, była to bowiem już utwardzona szutrowa nawierzchnia, do tego szeroka i dość prosta. Górę tradycyjnie obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. No ale cóż wyjazd polegać miał na zwiedzaniu z siodełka, jak najniższym kosztem, wiec o wejściówkach do muzeów nie było mowy, choć nie powiem kiedyś będzie to trzeba nadrobić bo i koszt nie był taki straszny. Chwila odpoczynku i dalej w drogę, z Góry Birów jak sama nazwa wskazuje było dobrze z górki wiec i zabawy było też trochę. Jadąc jeszcze przez chwile traktem leśnym, dojechaliśmy do Podzamcza i ślicznych ruin średniowiecznego zamku. Ile razy bym tu nie był zawsze będzie zachwycać mnie ta budowla i jej widok. Jedynym mankamentem jest liczba turystów, ciężko jest się poruszać i uchwycić czysty obraz zabytku. No ale co się dziwić, każdy chce to zobaczyć.
Zamek Ogrodzieniec
Tym razem jednak nie obchodzimy zamku dookoła a tylko kierujemy się chwile wzdłuż jego murów, szukając czerwonego szlaku rowerowego który będzie prowadził nas teraz już do Ryczowa i dalej na zamek Smoleń.  Szlak czerwony do Ryczowa prowadził nas wspólnie z pieszym niebieskim wiec nie był specjalnie trudny, choć oczywiście obfitował w charakterystyczne dla regionu pagórki, które szczególnie po leśnych ścieżkach dają wiele frajdy.
Super wiatka przy zamku Smoleń
Wjeżdżając do Ryczowa decydujemy się nie skręcać w kierunku strażnicy, która się tu znajduje, tylko jechać dalej w kierunku zamku. Strażnice widzieliśmy już kilka razy a z racji faktu ze czas uciekał szybko a kilometry nie, podjęliśmy wspólną decyzje jazdy dalej. Była to pierwsza korekta na szlaku.
Główna brama zamku Smoleń
Od tego miejsca aż do zamku Smoleń jechaliśmy już praktycznie cały czas droga asfaltową wiec troszkę podgoniliśmy. Sam zamek na pierwszy rzut oka zaskoczył nas nową, przynajmniej dla nas, wiatką dla turystów, gdzie można było się schować, usiąść i odpocząć, przewidziano nawet stojaki na rowery. Jak się okazało to nie jedyna zmiana na zamku. Ostatnim razem jak tu byliśmy zamek był zarośnięty i zaniedbany. W zasadzie ciężko było nawet na niego wejść. Tym razem zastaliśmy odnowiony, wykarczowany w środku i na zewnątrz obiekt. Prawdopodobnie to jeszcze nie koniec prac na zamku ale i tak już robi to piorunujące wrażenie.
Świeżo odrestaurowane mury na zamku Smoleń
Od faktycznej ruiny i zaniedbanych murów do prawdziwego zabytku gdzie można spokojnie wejść, rozejrzeć się i nie martwic się że coś sie może rozlecieć. Korzystając z okazji, jaką była wspomniana wcześniej wiatka, decydujemy się na obiad i dłuższą przerwę na naładowanie „akumulatorków”. Na obiad oczywiście ryż z muslli, niestety bez jogurtu gdyż nie mogliśmy dostać go nigdzie  po drodze. Ale bomba kaloryczna, mimo ze trochę sucha,  zadziałała jak zawsze. Nie ma bowiem to jak dobra dawka węglowodanów. Z zamku Smoleń ruszyliśmy dalej, kierując się w góry Bydlińskie i na kolejne ruiny zamku, tym razem zamku Bydlin. Jedziemy tam czerwonym szlakiem pieszym przez gesty las wiec nie jest łatwo ale za to bardzo fajnie, jest tu bowiem zarówno dobrze pod górkę ale i niekiedy dobrze z górki.  Za raz za zamkiem jest bardzo fajny i malowniczy odcinek drogi prowadzący z głównej drogi w stronę lasu. Najpierw jest to ładna serpentyna asfaltowa pośród łąk, która potem przechodzi w drogę gruntową, niekiedy podmokłą ale równie malowniczą. Zaraz też na początku lasu znajdujemy jaskinie ze śladami bytowania ludzi.
Góry bydlińskie i widok z wnętrza jaskini na wejściową kratę
Teren jest odpowiednio oczywiście oznakowany i zabezpieczony, ale jak ktoś chce to zawsze jakieś zakamarki znajdzie by wejść to tu to tam. Tym razem nie wchodziliśmy na górę skałek kryjących jaskinie, ale z poprzedniej wycieczki wiemy ze rozciąga się  stamtąd wspaniały widok a i na samą górę prowadzą fajne schody, pomiędzy dwiema skałami. Po krótkim obejrzeniu jaskiń i z zewnątrz i trochę z wewnątrz, ruszamy dalej. Odcinek leśny ,jak już wcześniej wspomniałem, jest wyjątkowo atrakcyjny i naprawdę potrafi zmęczyć ale i ucieszyć. Do ruin zamku Bydlin dojechaliśmy akurat wtedy kiedy w pięknym kościółku obok trwały jakieś nabożeństwa majowe wiec na drodze przy zamku tłok. Na szczęście w okolicach zamku już było luźno i spokojnie.
Mury zamku Bydlin
Samo określenie zamek to zdecydowanie przesada gdyż to zaledwie kilka murów na wzniesieniu i nijak się to ma do Ogrodzieńca,  Smolenia czy innych. Jednak swoja role kiedyś odgrywał i pewnie odnowiony także wyglądałby okazale. Zresztą pewne prace przy nim także poczyniono. Pamiętając go bowiem z ostatniego czasu kiedy był mocno zarośnięty i dość niebezpieczny, ze względu na wystające luźne kamienie z muru, teraz byliśmy pozytywnie zaskoczeni. Zrobiono schody na ostatnim odcinku wzniesienia, tym najbardziej stromym, dalej wykarczowano wszelkie krzaki i nie potrzebne drzewka, rosnące bez ładu i składu i zagrażające budowli. W końcu tez samą budowle zabezpieczono murując krawędzie ścian zamku i burząc te które nie dałoby się uratować a które mogłyby być zagrożeniem. Mury natomiast wypiaskowano, także teraz cieszą oko wyjątkowo ładnym, jasnym, piaskowym kolorem. Zrobiliśmy tutaj kilka fotek i pojechaliśmy dalej. Wcześniej już ustaliliśmy ze zmienimy trasę i odpuścimy sobie widok na pustynie błędowską. Gdyż to całkiem niezły kawałek pedałowania i dodatkowe kółko a poza fajnym podjazdem na punkt widokowy nie bardzo jest co na tej pustyni oglądać. Zaczęliśmy więc kierować się prosto na zamek Rabsztyn tuz obok Olkusza.
Czas i siły uciekały szybko a kilometry nie bardzo.
Za wskaźnik kierunku jazdy obraliśmy sobie tym razem również szlak czerwony tym razem jednak rowerowy. Oj piękny szlak, naprawdę fajny, aczkolwiek dal się nam we znaki. Szczególnie odczuliśmy to pod koniec kilka kilometrów przed Rabsztynem kiedy to nie mieliśmy już siły podjeżdżać pod wzniesienie. Brać rowerowa jadąca z górki z uśmiechami niczym banany na twarzach pocieszała nas że już nie daleko. Kulturalnie i grzecznie witaliśmy się z nimi zwyczajnym cześć i uśmiechając się dziękowaliśmy za wiadomość, nie mówiąc jednak ze my tez jeszcze nie dawno jadąc przez świeżo pokonany las, mieliśmy naprawdę długi odcinek w dół, tak wiec oni za chwile będą szli jak i my.
Ładowanie  "akumulatorków",
polana niedaleko przed Rabsztynem
Nie mniej jednak do końca wzniesienie nie doszliśmy i korzystając z pobliskiej polany rozłożyliśmy się jak placki na patelni i jedząc czekoladę odpoczywaliśmy i cieszyliśmy oczy widokami pobliskich wzgórz przez które jeszcze kilka minut temu jechaliśmy. W drogę jakoś się nie spieszyliśmy ale w końcu wsiedliśmy na siodełka i pojechaliśmy dalej. Pod zamkiem byliśmy niedługo potem, zatem faktycznie mieli racje, mówiąc że już nie daleko. Zamek Rabsztyn to duży zamek, zawsze jednak jesteśmy tu na tyle późno lub wcześnie że nawet jakbyśmy chcieli wjechać na teren to i tak jest zamknięte.
Widok na mury zamku Rabsztyn
Po kilkudziesięciu kilometrach w wymagającym terenie z plecakami na plecach, wcale nie mieliśmy ochoty nigdzie łazić, toteż tradycyjnie usiedliśmy przy mostku nad dawną fosą i odpoczywaliśmy robiąc zdjęcia. Zaplanowaliśmy także dalszą trasę, robiło się bowiem coraz później, i nie było za ładnie, jeśli chodzi o pogodę, wiec myśleć już trzeba było nad obozowiskiem. Decydujemy że zgodnie z pierwotnym planem jechać będziemy czerwonym szlakiem pieszym i jak zobaczymy jakieś fajne miejsce gdzieś w lesie, w znacznej odległości od mijanego przez nas Olkusza, to tam się zakwaterujemy na noc. Na szczęście nie było jeszcze tak bardzo późno wiec jechało się całkiem przyjemnie i nie martwiliśmy się że nas noc zastanie. Początkowo jadąc obrzeżami Olkusza szukaliśmy jeszcze jakiegoś sklepu ale widząc ze nie ma to sensu daliśmy spokój i kierowaliśmy się już szlakiem do lasu. Droga była dość dobra i nie uciążliwa poza jednym małym, aczkolwiek bardzo istotnym mankamentem. Owym problemem było przejście przez tory zaraz za Olkuszem a może jeszcze w jego administracyjnych granicach, trudno to określić. Nie mniej jednak szlak wychodząc z lasy kieruje sie na torowisko i każe przez nie przejść na druga stronę, gdzie w oddali widać jego kolejne oznaczenie, niby jasna sprawa poza tym ze zaraz przy torowiskach jest wielki żółty znak z zakazem przechodzenia prze torowisko. I kto tu ma racje i jak to rozwiązać ? Nie wiedzieliśmy, ale nie zamierzaliśmy obchodzić torów i szukać przejazdu, toteż przyznajemy, złamaliśmy zakaz i przenieśliśmy rowery. Dalej szeroki dukt leśny prowadził nas przez ładną okolice, gdzie po kilku małych podjazdach znaleźliśmy się w otoczeniu i skał z prawej strony i ładnej malowniczej łąki z lewej. Sami zaś jechaliśmy osłonięci drzewami. Spotkaliśmy nawet małe stado jakichś jeleniowatych, które z zaciekawieniem przyglądały nam się z wysokich skal znajdujących się na prawo od nas.
Zamek Rabsztyn
Na łące zaczęliśmy wypatrywać dogodnego miejsca na nocleg, znajdowały się tu bowiem dość ciekawe niskie zagajniki młodych sosen gdzie łatwo się było schować przed ciekawskimi  a i zagrożenia ze nam gałąź na głowę spadnie nie było. Dość rzadko się zdarza byśmy mieli czas na spokojne rozłożenie namiotu w promieniach zachodzącego ale jeszcze dość jasnego słońca. Tym razem jednak tak się zdarzyło, nie dość ze mieliśmy czas na dogodne znalezienie miejsca nie daleko od szlaku, to jeszcze spokojnie rozłożyliśmy namiot, przebraliśmy się i zdołaliśmy zorganizować małe ognisko na którym piekliśmy kiełbaski czyli naszą upragnioną kolację. Ognisko oczywiście małe i z chrustu, zatem żadnej roślince krzywda się nie stała a i kiełbaski były ze sklepu bo na nic nie polowaliśmy. Taki odpoczynek marzył nam się od dawna, nie tylko jeśli chodzi o ostatnie godziny na rowerze ale także o ostatnie zimne ciemne miesiące, kiedy to człowiek w domu się kisił i marzył o lecie o cieple i naturze. Nawet pogoda się zlitowała nad biednymi zmęczonymi podróżnikami, wyszło bowiem ładne słońce i na niebie zagościł błękit, którego próżno było szukać przez cały pochmurny dzien.
"Podjazd" pod Pieskową Skałę
Tak tez było i rano kiedy obudzeni i w miarę wypoczęci stwierdziliśmy ze nie pada i nie padało w nocy, na niebie natomiast póki co zobaczyć można było ładne niebo i troszkę słońca. Wiedzieliśmy jednak że długo tak nie będzie bo w oddali słychać było że zbliża się jakaś burza i ze idą ciemniejsze chmury. Posprzątaliśmy zatem wszystko co było do sprzątnięcia, zwinęliśmy obóz, z powrotem włożyliśmy rowerowe ubranie na siebie i zaczęliśmy wracać na szlak. Po całodniowej jeździe poprzedniego dnia ciężko było usadowić zmęczony tyłek na siodełku. Jednak nikt nie narzekał i po za kilkoma trafionym dowcipami na ten temat obeszło się bez narzekania. Dzień zaczęliśmy od zgubienia szlaku w dość dziwnym zbiegu dróg leśnych. Nie wyszło to nam jednak na złe, gdyż dojechaliśmy szybciej do drogi asfaltowej prowadzącej z Olkusza bezpośrednio do Pieskowej Skały, dokąd zresztą sie teraz kierowaliśmy. Mieliśmy tę drogę spotkać dopiero w miejscu gdzie krzyżuje się ona ze szlakiem, ale traf chciał że zrobiliśmy to wcześniej. Osobiście lubię tę trasę bo fajnie się nią jedzie, nie jest ani ruchliwa aż nadto a i z czasem można nacieszyć oczy fajnymi widokami, choćby tymi niedaleko przed zamkiem, gdzie zaczynają się skały przy samej drodze i wtulone w nie zabudowania. Sama droga zaczyna się wtedy już wić różnymi półkolami i łukami, prowadząc miedzy skałkami a rzeczką. Pieskowa Skała to bez wątpienia jeden z najbardziej wykorzystywanych zamków na naszej trasie. Znajduje się tu restauracja, muzeum i generalnie obiekt jest wspaniale zadbany i w pełni funkcjonalny. Traf chciał że mimo iż byliśmy tu tyle razy tylko jeden z nas był w środku.
Zamek Pieskowa Skała od frontu
Zawsze bowiem z różnych przyczyn mijaliśmy zamek tylko dołem, patrząc na jego wspaniałe mury z drogi. Tym razem jednak wspięliśmy się z rowerami na ramionach po stromych schodach do bram budowli. Tutaj tez postanowiliśmy skonsumować jakieś śniadanie, bo od przebudzenia minęło już trochę czasu i zdążyliśmy dobrze zgłodnieć. Znaleźliśmy ławkę na uboczu i tam zaczęliśmy się turystycznie gościć. Robiliśmy zdjęcia, chodziliśmy w te i z powrotem rozciągając trochę mięśnie i gotowaliśmy wodę na poranny ryz z jogurtem i muslli, no i na herbatkę do termosu.
Ogród na Pieskowej Skale
Przeszliśmy się także na dziedziniec zamku, gdzie nie potrzeba było płacić za wstęp. Zamek robi piorunujące wrażenie, jest bardzo fajne umiejscowiony i zbudowany. Znajduje się tu tez ogród który pewnie, jak jest już pełnia wiosny, mieni się wieloma kolorami. My byliśmy na początku maja po długiej zimie wiec jeszcze był ledwie zielonawy. Weszliśmy tez do restauracji na dachu której jest taras, z którego to obsługa pozwala skorzystać głodnym widoków fotografom i turystom. Nie weszliśmy jednak na niego bo godzina była jeszcze wczesna i nie był jeszcze otwarty. Prawda jest ze chcieliśmy poczekać ale pogoda coraz bardziej robiła się mało ciekawa. Nie traciliśmy więc czasu i wróciliśmy do rowerów, gdzie jeden z nas pilnował gotującej się wody, i całego oporządzenia. Nie doczekaliśmy się jednak wody i śniadania w pięknym i spokojnym miejscu, bo burza, która straszyła nas do tej pory gdzieś z oddali, teraz dogoniła nas już na dobre i kwestią sekund, może kilku minut było kiedy lunie. Szybko zatem spakowaliśmy co było można, resztę luzem w rękę, rowery także i prawie biegiem schodziliśmy na dół do upatrzonej wcześniej wiaty przystanku. Gdy tylko tam dotarliśmy jak na zawołanie rozpętało się małe piekiełko. Burza, wiatr i deszcz szalały po okolicy wszędzie grzmiało i błyskało a drogą płynął prawdziwy potok, żeby nie powiedzieć rzeka. Nie wiele myśląc zabezpieczyliśmy to co było trzeba i co było można.
Nasz przystanek i ulewa dookoła
Postanowiliśmy także nie tracić czasu i mimo okoliczności po prostu dokończyć rozpoczęte śniadanie. Widok naprawdę komiczny, lało jak z cebra dookoła ludzie samochodami i autobusami poprzyjeżdżali obejrzeć zamek, niektórzy biegiem uciekali przed deszczem, a my jak gdyby nigdy nic, spokojnie siedzieliśmy na ławce i jedliśmy z naszych menaszek normalną porcje ryżu popijając herbatą. Niestety pogoda nie była łaskawa i siedzieliśmy w tym miejscu, zastanawiając się co robić dalej, przez ponad dwie godziny a może jeszcze dłużej. W miedzy czasie zdążyliśmy przemyśleć i przeplanować każdą możliwą opcje jaką mieliśmy w tej sytuacji, łącznie z odwrotem czy braniem taksówki. Plus taki że przez ten czas nasze menaszki ładnie się umyły w deszczu, wystawione przed wiatę, co było jak najbardziej dopełnieniem komedii, jaka tworzyliśmy siedząc we trzech na tym przystanku. Po pewnym czasie gdy wydawało się że już przestaje czy też, że na pewno jest dużo mniejszy opad niż jeszcze parę minut wcześniej, postanowiliśmy jechać dalej i nie marnować czasu. Plan przewidywał by jechać dalej, rezygnując jednak ze zwiedzania, do najbliższej możliwej stacji kolejowej by tam się rozejrzeć za pociągiem i wrócić jakoś do Zawiercia. Stamtąd natomiast przejechać jeszcze te kilka kilometrów do Morska do samochodu. Celem zatem stała się miejscowość Rudawa gdzie mieliśmy nadzieje najbliżej zastać zadowalający nas pojazd szynowy. Oczywiście zrezygnowaliśmy z Ojcowa i zwiedzania go mimo ze był już rzut beretem przed nami, ale nie chcieliśmy ryzykować że będzie jeszcze gorzej a prognozy nie były ciekawe. Mimo że chętnie byśmy obejrzeli Ojcowski park jeszcze raz to świadomie zrezygnowaliśmy, kierując się zaraz za Pieskową Skała na niebieski szlak rowerowy, oddalający nas od parku. Szlak jednak był wyjątkowo ciekawy, z jednej strony dość wymagający bo bardzo pod górę a dwa ze z interesującymi plenerami Ojcowskiego Parku Narodowego i całej leśnej doliny w dole za nami, dodatkowo parującej po deszczu. Widok naprawdę wspaniały. Po wyjeździe z ojcowskiej doliny kierowaliśmy się praktycznie cały czas na południe jadąc mniej uczęszczaną drogą ale mimo wszystko asfaltem nie patrząc na szlaki itp. tylko jadąc do celu.
Droga do Rudawy
Mimo to mieliśmy frajdę z jazdy bo tamtejsza droga naprawdę była radością dla rowerzysty. Można było pocieszyć się widokami, równym asfaltem i niskim natężeniem ruchu, do tego droga wiła się miedzy wzniesieniami i skałkami, raz po raz wznosząc się i opadając. Ale w końcu to już ta najbardziej wysunięta pod Kraków część wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej, wiec pejzaże niczym w górach. W praktyce wyglądało to tak że po ucieczce spod Pieskowej Skały niebieskim szlakiem, odbiliśmy na trasę do Jerzmanowic a stamtąd prostą drogą na Dubie, mijając po drodze Szklary i dalej już do Rudawy. Jadąc tą droga mieliśmy po swojej lewej stronie najpierw rezerwat Doliny Szklarki a potem  wspaniałe wzniesienia, po których swoją drogą prowadził strasznie kuszący nas czarny szlak. Mimo ze jednak kusił nie zdecydowaliśmy się bo baliśmy się że znowu utkniemy w lesie na dłuższy czas a pogoda była naprawdę nie pewna. Co chwila przychodziły i odchodziły gęste chmury z których co pewien czas cos padało. Drugiej burzy i oberwania na szczęście nie spotkaliśmy ale cały czas się tego obawialiśmy. Tak czy owak, czarny pieszy szlak, prowadzący od rezerwatu Doliny Szklarki po tamtejszych wzniesieniach, aż do niedalekich Radwanowic zostawiliśmy na następy raz.
Widok na wzniesienia po których równolegle do drogi
szedł czarny szlak
W samej Rudawie czekała nas niespodzianka w postaci jako takiej stacji, bez kasy biletowej. Rozkład owszem był ale ten kto tam nie mieszka nie jest w stanie odszyfrować wszystkiego z tekturowej tablicy. Okazało się ze pociąg do Katowic już był a do Zawiercia będzie jakoś około dziewiętnastej, stwierdziliśmy że nie połapiemy się jak trzeba, bo ani kupić bilet ani sie dowiedzieć czy nas zabierze, która to spółka itp. Zgodnie stwierdziliśmy ze według rozpiski pociąg następny do Katowic jest za jakieś 2 czy 3 godziny, wiec w tym czasie dojedziemy do Krzeszowic i tam kupimy bilety miejmy nadzieje na normalnej stacji. Przy tej okazji doszliśmy także do wniosku ze możemy złapać się na ostatnią możliwą atrakcję turystyczną a mianowicie zamek Tenczyn. Pogoda owszem była kitowa ale albo jechalibyśmy do Krzeszowic główna trasą co groziło kalectwem przy jej natężeniu ruchu, albo przez wioski co czasowo równałoby się z jazda szlakiem zahaczając o zamek. Wybraliśmy wiec jazdę szlakami turystycznymi. Najpierw pod zamek Tenczyn w Rudnie a potem do Krzeszowic. Z Rudawy wydostaliśmy się czarnym szlakiem pieszym na południe do Nielepic a stamtąd już zielonym pieszym szlakiem turystycznym do tego właściwego, czerwonego szlaku rowerowego, dzięki któremu mieliśmy trafić do celu. Najciekawsze z tego fragmentu drogi były schody, jeszcze na czarnym szlaku, które prowadziły dość stromo pod górę i nie dało się oczywiście jechać. Jeszcze ciekawszy był koniec zielonego szlaku tuż przed dołączeniem do czerwonego.
Ostatni fragment zielonego szlaku pieszego i jego
zabójcze podejście.
Fakt ze jest to szlak pieszy mógł nasunąć pewne obawy ze będzie niekiedy trudno, ale jak się okazało szlak zaskoczył nas pierwszorzędnie prowadząc prościutko pod stromą skarpę, gdzie ciężko było zapewne iść pieszo, a tym bardziej pchając rowery w ciągłym deszczu, parnym otoczeniu i obsuwających się z pod nóg błota i kamieni. Daliśmy jednak radę, Bóg jeden wie jak ale się udało. Doszliśmy w końcu do szlaku, ten natomiast wcale nas nie rozpieszczał przynajmniej na początku. Prowadził bowiem szczytem wzniesień ale po gęstym w drzewa terenie. A one z kolei, mokre i bogate w świeże zielone liście, gałęziami schodziły nisko nad ścieżkę i nie raz można było sobie umyć buźkę o mokre liście, kiedy się na nie wpadło po drodze. Ten fragment mimo ze dość wymagający tez przyniósł nam niezłej frajdy, choć w czasie jazdy nie raz zdążyło nam się zakląć. Dalej szlak się znacznie poprawiał, zmienił się w pewnym momencie w szutrową drogę po której jadąc z górki po mokrym, upapraliśmy się jak małe wieprzki. Cóż w końcu zawsze uważaliśmy ze błotnik w rowerze górskim to niepotrzebny gadżet, po tej wyprawie trzeba się nad tym zastanowić. Dalej, w miejscu gdzie nasz szlak stawał się także częścią ogólnoeuropejskiego szlaku, jechaliśmy już asfaltowym traktem poprowadzonym specjalnie dla wygody rowerzystów, gdzie nie miał wstępu żaden samochód.
"Takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego", "czyścioszki" po zjeździe szutrowym fragmentem czerwonego szlaku
Teraz to już była bułka z masłem. Szybko dojechaliśmy do wzgórza na którym stał zamek. Najpierw jednak trzeba było pokonać leśne podejście którego nachylenie niebezpiecznie zbliżało się do pionu. No może nie aż tak strasznie ale nawet twórcy tego szlaku, mimo ze prowadził tamtędy czarny szlak rowerowy, lojalnie ostrzegali, na odpowiedniej tabliczce, ze radzi się by rowery zostawić na dole w wydzielonym, odpowiednio miejscu z wiatą i stojakami . Nie wiedzieliśmy jednak czy będziemy wracać tą samą drogą, a poza tym nie bardzo mieliśmy czym przypiąć te rowery a wszyscy chcieliśmy obejrzeć Tenczyn. Wspinaczka była mozolna rowery nie raz pchały nas w dół, nie raz tez robiliśmy przerwy mimo ze koniec drogi prawie cały czas widzieliśmy. Po raz kolejny jednak pchani siła woli, bo siły fizyczne skończyły nam się już na poprzednim podejściu, daliśmy rade.
Brama zamku Tenczyn
Po raz pierwszy w końcu mieliśmy okazje zobaczyć zamek Tenczyn na żywo. Ilekroć bowiem przyjeżdżaliśmy w jurę zawsze cos się działo że nie było możliwości tu trafić. Tak jak i poprzednie tak i ten zamek okazał się być w renowacji, tak więc gruz dookoła jakieś robotnicze maszyny i wszystko zamknięte na trzy spusty. Co nieco jednak udało nam się obejrzeć. Jednak przede wszystkim zrobić sobie zasłużony odpoczynek i cos zjeść. Przez cały dzień jechaliśmy w koszulkach, bluzach, kurtkach i chustach, było na razy zimno na razy ciepło, czasem padało czasem było ok. Kiedy jednak stanęliśmy pod Tenczynem rozebraliśmy się aż do koszulek i cieszyliśmy się powietrzem. Trzeba przyznać że pogoda, mimo ze kapryśna, pozwoliła trochę pojeździć, było bowiem stosunkowo ciepło, tyle że maksymalnie wilgotno. Jej kaprys jednak odezwał się podczas naszego odpoczynku kiedy to na nowo się rozpadało i mimo ze nie trwało to długo to okazało się że tak zaparowało wszystko dookoła że nie było sposobu obejrzeć tonącego we mgle zamku.
Tenczyn a właściwie tylko to co udało nam się jeszcze
zobaczyć zanim utonął we mgle 
Czekaliśmy chwile, moknąc jeszcze w odchodzącym deszczu, ale widocznie fatum Tenczyna trzeba będzie złamać innym razem, bo po raz kolejny mimo że już tam dojechaliśmy nie byliśmy w stanie popodziwiać ogromu budowli i zobaczyć jego kształtów. Mówi się trudno i jedzie się dalej. Stąd droga do Krzeszowic była już dość krótka i łatwa, wiec szybko poszło. Traf chciał ze dojechaliśmy do stacji tuz przed zamknięciem tamtejszej kasy biletowej, zdążyliśmy jednak jeszcze wszystkiego dowiedzieć się u przemiłej pani z okienka kasowego, która nie dość że pomogła odpowiadając na pytania to też doradziła co i jak zrobić.
Zamek Tenczyn podejrzany przez dziurę
w murze
Kolejny traf chciał że ostatni pociąg do Katowic a przynajmniej ostatni przed późnym wieczorem, właśnie miał nadjechać . Niestety był to TLK a wiedząc o przepisach jakie u nich są mieliśmy kiepskie przeczucie. Okazało się że nie potrzebnie,  trafiliśmy bowiem na bardzo sympatycznych konduktorów którzy zgodzili sie nas zabrać, nie robiąc przy tym żadnych fochów i problemów. Dalej plan był prosty po około 2 godzinnej jedzie pociągu pospiesznego, na dystansie tak śmiesznym ze aż boli, dojechaliśmy do Katowic. Stąd natomiast, po krótkim postoju, pociągiem regionalnym Kolei Śląskich do Zawiercia. Śmieszne jest to ze regionalny przejechał szybciej dłuższą trasę do Zawiercia niż pospieszny krótszą do Katowic. Ale widać tak musi być. Mimo że podróż minęła nam szybko to do Zawiercia dojechaliśmy już niestety po zmroku. Te kilka godzin w pociągu dało nam czas na odpoczynek, wreszcie mieliśmy suche miejsce, mieliśmy czas się przebrać, osuszyć i trochę obmyć. W Zawierciu zatem na rowery wsiadaliśmy już z większą siłą i motywacją do jazdy. Na szczęście dysponowaliśmy pełnym oświetleniem i odblaskami, a i droga którą obraliśmy nie była bardzo ruchliwa, wiec jechało się dość przyzwoicie z niezłą nawet prędkością. Nie była to jednak kaszka z mleczkiem bo dalej byliśmy na wyżynie więc w dalszym ciągu musieliśmy wjeżdżać na pagórki i zjeżdżając  z nich uważać czy czasem w mroku nie czai się jakaś dziura w asfalcie. Czego dowodem było iż na kilkaset metrów już w drodze dojazdowej do ośrodka Morsko jeden z nas wywinął przysłowiowego orła kiedy to zjeżdżając z asfaltu w drogę gruntową wpadł w jakąś kolejne po kałuży czy cos w tym stylu. Tak wiec  ostatnie metry tez były ciekawe. Do ośrodka dojechaliśmy prawie równo na 22 czyli tuż przed zamknięciem bramy. Po przebraniu się i spakowaniu sprzętu ślicznie podziękowaliśmy i ruszyliśmy w drogę do domu.
Wyprawa mimo ze zupełnie inna niż ta którą sobie zaplanowaliśmy udała się w stu procentach. Ubawiliśmy się, styraliśmy , ubrudziliśmy, wypociliśmy chyba wszystkie toksyny i złe „fluidy” i radośnie zmęczeni wracaliśmy do domu. Pogoda nie dopisała, owszem z tym się trzeba zgodzić, ale z drugiej strony była to przygoda gdzie trzeba było improwizować a jednocześnie nie dać się ani brawurze ani strachowi czy przesadnej ostrożności. Myślę ze udało nam się to osiągnąć i mimo że zupełnie nie z planem to i tak zobaczyliśmy wiele i wiele przeżyliśmy. Czekamy teraz następnej wyprawy i kolejnej przygody na dwóch kołach. Oby jak najczęściej w swoim towarzystwie które nam się nigdy mam nadzieje nie znudzi.


Pokaż Skały na większej mapie
Mapę opracował Tobiasz